logo
Wróć na stronę główną

Strony:  1  -  2  -  3

PROZA

Szkice Ewy
Baśnie Ewy Opowiedz Anno cz. I Opowiedz Anno cz. II Opowiedz Anno cz. III Opowiedz Anno cz. IV Opowiedz Anno cz. V Pamiętnik pacjenta Wspomnienia

Zapamiętaj też to ważne słowo, jedno z pierwszych, jakiego się nauczyłeś: PATRZ.
(Robert Fulghum)

Obiad

Szli. Gęsiego. Szli powoli, szli po obiad.
Ubierali na siebie przódy płaszcze przeznaczone do tego celu. Aby się nie powalać.
Idą, idą w parach po obiad. Oni i one. Krótka droga, kilka budynków. Nieco odrapanych lecz widoczny sposób solidnych budynków, które mają swój udział w plenerze i panoramie Zakładu Leczniczego w Branicach.
Chorzy na wiarę. Para dymi im z ust. Nieco drżą.
Ludzie brzydcy, zniszczeni chorobami. O zniekształconych sylwetkach i twarzach. Przeobrażone w chorobę ich jestestwo buntuje się w uśmiechach. Uśmiechach ukrytych pod powłoką kalekiej brzydoty, która promienieje pięknem zbuntowanego człowieczeństwa.
Płaszcze są szare, w jodełkę. Nie kontrastują z krajobrazem. Dopełniają kanwę szarości, która płynie ziemią i niebem we wspólnej tonacji. Wygrywane kroki tłuką bruk. Pierwej powolnie. Jeszcze zaś naprzód.
Garkuchnia jest wielka. Po schodach idzie się po obiad. Na platformie, na podłodze stoją baniaki opuchłe od jadła. Jedzenie jest smaczne i ważone w porcjach, tak aby było jeszcze na dokładkę do porcji. Oskoma odruchowa i naturalna. Przed posiłkiem chce się wszak jeść. Jest to powiem szczerze nieco paskudne i tak naturalne jak łykanie śliny.
Na platformie głosy są pogłosowe i głębokie od akustyki szerokiej przestrzeni. Każdy bierze swoje jadło. W parach baniak i wiaderka dźwigane, osobiście, Ciężkie jedzenie. Słone, słodkie, kwaśne byle nie gorzkie. Za rentę. Tyle użycia, że się poje. Ludzie w sfatygowanych płaszczach dźwigają wiktuały.
Po drodze w powrocie do budynku docelowego mijają nas drzewa. Urosłe od szeptanych lat. Na uszko gałązki podają sobie wieści o zapodzianym letnim szczęściu. Wywierają presję na się w oznajmieniu wolności, która należałaby się ludziom. Jesteśmy traktowani uczciwie. Znakiem tego, co nie istotne, uświadomione zło ludzkie tu nie pomieszkuje. Tutaj są sami skrzywdzeni ludzie. Przez los zły i okoliczności. Dźwigamy te ciężary. Para wystaje z pokrywek. Naczynia są brzydkie od użytku. Koślawi ludzie idą prędko i radośnie. Zaliczam się do nich. Opowiadam tę rzecz obiadową w zdaniach, krótkich, łapczywych, głodnych jestestwa.

(Branice 1998)



Pacjent

Przybyłam tu by się leczyć. Strugą płyną dni codzienne. Codzienniej, wciąż i wciąż.
Mam możliwości samorealizacji. Poprzez zajęcia terapeutyczne zdobywam małe sukcesy w postaci małej prozy zamieszczanej w tutejszej gazetce, oraz malunków malowanych w pracowni ZOL-u. Oprócz zajęć w pracowni mogę korzystać z biblioteki, w której książki owinięte są w papier najzwyklejszy.
Z wielką pieczołowitością są oprawione przez pacjentów. Czasami wyjdę na powietrze z książką w ręce. Przysiądę na ławeczce. Są tu w Branicach śliczne zakątki w postaci zielonych skwerków. Jest dużo czasu na sen i wypoczynek. Są rytuały kąpieli i podobiadków inaczej mówiąc poczęstunków.
Czas płynie powoli. Kaskada wzruszeń w czasie tworzenia dopołudnia, zaś pora wieczorna nieco smutna okraszona podwieczorkiem.
Czasem ckni się za domem, można zatelefonować. Odwiedzają mnie tutaj co dwa tygodnie.
Choroba skłóciła mnie z domem, w którym mimo wszystko czekają na mnie. Mama przywozi z domu moje ulubione potrawy, podrzuci mi też zeszyty i coś do malowania.
Chciałabym w przyszłości opuścić to przytulisko chęci bycia chorym.

(Branice 1998)



Babcia

Babcia.
Stadko.
Babcie.
Człapią.
Są ciche.
Babcie samotne.
Rozmawiają same ze sobą.
Pieszczą sprzęty.
Siwiuteńkie.
Łagodne, choć czasem wchodzą ze sobą w kłótnie.
Czekają lub już przestały czekać.
Czy im tu dobrze?
Zgoda starego człowieka na los jest doczesną zgodą na trwanie w przytulisku ciepła i smakowitych posiłków.
Cóż więcej?
Cóż mogą wiedzieć o środku, jaki lek na spokój bez leków.
Nie znam cudzych lęków, trudno mi pojąć starego człowieka, którego tytuł, początek i konieczność trwania jest niczym księga o niczyim losie.
One są tak wrażliwe jak wyczerpane szczęście, tak chędogo opatrzone.
Niewygoda oswojona.
Spanie przede wszystkim, dużo czasu na sen. Trzeba się troszkę pokiwać do południa w tonacji nieziszczonej nadziei na pobyt w domu.
Kiedy do mnie przyjedziecie Ukochani!?
Piszę cielesny list obecności tak obojętnej, zapomnianej aż do wyrzutu sumienia.
A więc pojedziesz do Niej?
Tak.
Z Tobą?
My to nie Ja.

(Branice 1998)



Wykonał: Hieronim Śliwiński dn. 21-06-2005