logo
Wróć na stronę główną

Strony:  1  -  2  -  3

PROZA

Szkice Ewy Baśnie Ewy Opowiedz Anno cz. I Opowiedz Anno cz. II Opowiedz Anno cz. III Opowiedz Anno cz. IV
Opowiedz Anno cz. V
Pamiętnik pacjenta Wspomnienia

LIST III

   Drogi Przyjacielu!
   Znowu jakiś czasu upłynął zanim znalazłam wolną chwilę, by do Ciebie skrobnąć kilka słów. Dziękuję za pamięć o mnie. To miłe, gdy ktoś o nas pamięta. Sama staram się też nie zapominać starych znajomych i podtrzymywać nawiązane przyjaźnie. W zasadzie z wszystkimi osobami, które miłe są mojemu sercu mam stały kontakt. Może być on dość rzadki, co spowodowane jest tym, że wszyscy mamy niezbyt wiele wolnego czasu. Najczęściej jest to z mojej strony jakaś krótka rozmowa telefoniczna, SMS czy email  daję po prostu sygnał, że pamiętam i to jest ważne. Czasem jednak, jak to jest akurat w Twoim przypadku, muszę znaleźć wolną chwilę i napisać list. Lubię pisać listy i otrzymywać je, ale coraz trudniej o dobrą epistolografię ludzie nie mają czasu, jak nasze babcie, celebrować pisania listów. Kiedyś wpadł w moje ręce cały plik listów mojej Babci - człowieku, co to była za frapująca lektura. Jakbym czytała wspaniałe powieści. Każdy list składał się z kilku kartek zapisanych pięknym kaligraficznym pismem i opowiadał o dziesiątkach spraw. Kto dziś ma czas pisać takie piękne listy? Na pewno nie ja. Dla mnie problemem jest znalezienie wolnej chwili, bo od rana do późnego wieczora jestem bardzo zajęta. Nie narzekam jednak, a wręcz przeciwnie, chwalę to sobie. Jak już Ci kiedyś nadmieniłam, jestem z natury aktywnym człowiekiem i lubię ruch zarówno fizyczny jak i intelektualny. To utrzymuje mnie w dobrej kondycji. Nie przemęczam się jednak zbytnio i zawsze rezerwuję sobie w ciągu dnia dłuższą chwilę tylko dla siebie - to taka „Chwila dla Ciebie”. Wyciszam się wtedy zupełnie, a czasem nawet zasypiam na kwadrans. Jestem po takiej przerwie jakby nowonarodzona i mogę „walczyć” dalej. Kiedyś moja Pani Ordynator nauczyła mnie tej techniki relaksacyjnej i muszę powiedzieć, że jest bardzo skuteczna, a przynajmniej skutkuje znakomicie w moim przypadku.

   Obecnie, po powrocie ze szpitala, a minęło już parę miesięcy, jestem już na pełnych obrotach. Żyje sobie normalnie i nic mi na razie nie doskwiera. No może nie zupełnie tak jest, bo chyba będzie zmiana pogody i trochę bolą mnie kości, które kiedyś złamałam. Niestety jestem metereopatą i każda zmiana pogody wiąże się u mnie z pewnymi dolegliwościami, ale ponieważ ból umiem znosić, to nie jest to dla mnie zbyt uciążliwe i nie szpikuję się jakimiś lekami z tej okazji, bo wiem, że to minie. Zresztą w związku z tym moim obolałym, pokancerowanym szkieletem opiszę Ci jedną historię, jak do trochę się poturbowałam. Jest to wpisane w chronologię mojego opowiadania, bo stało się to po wypadkach, które opisałam Ci w uprzednim moim liście. Przypomina mi się również, że wydarzyło się to również po zaręczynach mojej ciotki Ewy.

   Opowiadałam Ci kiedyś, że zarzekała się jak żaba błota, że nigdy nie wyjdzie za mąż, a tu masz. Przyjechała gdzieś tak w styczniu tamtego roku z niespodziewaną wizytą do nas. Była jakaś nieswoja, jakby odmieniona. Przycichła, chodziła zamyślona, uśmiechała się do siebie. Dziwiłyśmy się, ale nie podejrzewałyśmy, jaki numer nam wykręci. Po prostu nie poznawałyśmy naszej zawsze energicznej i zamaszystej Ewy. Prawdziwy grom z jasnego nieba trzasnął w nas przy kolacji, tuż po jej przyjeździe. Powiedziała nam znienacka spokojnym głosem, pomiędzy dwoma kęsami, ni mniej ni więcej tylko to, że wychodzi za mąż. Takich rzeczy nie powinno się mówić przy posiłkach, bo ktoś to może przypłacić życiem. Agata się po prostu zakrztusiła przełykanym właśnie kęsem i trzeba byłą ją mocno walnąć w plecy. Później zaległa grobowa cisza. Wiesz to była taka fantastyczna scena jak w jakiejś komedii.

   Musieliśmy mieć niesamowicie głupie miny, bo Ewa aż tarzała się ze śmiechu. Ten wieczór w ogóle obfitował w niespodzianki, a ich autorką była oczywiście Ewa. Kolejna niespodzianka dotyczyła narzeczonego. Okazał się nim być mój ojciec chrzestny, który jakiś czas temu owdowiał. Zdziwione byłyśmy z Agatą niezmiernie, bo wydawało się, że Ewa go dlaczegoś nie znosi, co wyraźnie objawiło się przy okazji zakładania naszego interesu, jeszcze w naszym rodzinnym miasteczku. Wtedy jak pamiętasz oboje nam pożyczyli pieniądze i Ewa, a wtedy jeszcze groźna Ciotka Ewa, niezbyt pochlebnie wyrażała się o moim ojcu chrzestnym.. Okazało się jednak, że to był tylko taki kamuflaż, bo ona kochała się w Andrzeju już od bardzo wielu lat, a ta publicznie okazywana rezerwa była tylko swojego rodzaju przykrywką dla ukrycia tego uczucia. Zamknięta na cztery spusty była ta nasza Ewa. Tego wieczoru jednak trochę się z niej ulało i dowiedzieliśmy się sporo szczegółów z jej życia. Nie będę ci ich opisywać, bo to nasze sprawy rodzinne i lepiej żeby nie wychodziły na publiczne forum, bo i po co. Ewa przyjechała zaprosić nas na ślub i jako jej jedyną rodzinę poprosić nas o błogosławieństwo dla tego związku. Potraktowałyśmy to z pełną powagą. Andrzej nie przyjechał z nią, bo musiał wyjechać w interesach. Kolejną sensacyjną wiadomością i gwoździem tego wieczoru niespodzianek, była informacja, że Ewa spodziewa się z Andrzejem dziecka. To nas dobiło. Agata uklękła przed Ewą na kolana i dramatycznym głosem poprosiła, by ta, jeśli ma jeszcze inne sensacyjne wiadomości, pozostawiła je na dzień następny, bo dawka jest zbyt duża jak na nasze delikatne nerwy. Wzbudziło to powszechną wesołość. Ewa była już po czterdziestce, ale miała końskie zdrowie i taki późny poród niczym jej nie zagrażał, tak zresztą twierdzili również lekarze.

   Na taką wiadomość Piotrek wyciągnął butelkę francuskiego koniaku i serdecznie uczciliśmy to święto w rodzinie. Jednak jak to się ludzie zmieniają, bo wydawało się nam zawsze, że Ewa nie lubi dzieci. W każdym razie wolała nas oddać do Domu Dziecka niż się nami opiekować. Stwierdziła wtedy, pamiętam jak dziś, że nie będzie niańczyć dzieci. Przeprosiła nas zresztą potem za to serdecznie. A tu własne dziecko! No, no. Był to dobry wieczór w naszej rodzinie, która w pewnym okresie tak się wykruszyła, że zostały nas tylko trzy sztuki. Nie licząc oczywiście dalszej rodziny ze strony naszej mamy, która wymazała nas z rodzinnego rejestru i zupełnie o nas zapomniała. Nie pamiętali o nas, gdy byłyśmy w Domu Dziecka i potrzebowałyśmy ich pomocy, to teraz, gdy usamodzielniłyśmy się, nie odnawiałyśmy tych kontaktów. Nic na siłę, to nasza zasada. Ten wieczór zapadł mi w pamięć i dlatego Ci go opisałam, ale w zasadzie nie o tym chciałam pisać, bo jak wspomniałam, chciałam Ci opisać moją przygodę, którą okupiłam złamaną ręką i klaustrofobią.

   To już sprawdzone, że mnie zawsze musi się coś przydarzyć, co najczęściej okupuję jakimś urazem. Ile ja już miałam razy coś złamanego, czy doznałam innego urazu, to już nawet trudno mi zliczyć. Najczęściej moja ciekawość, głód nowych doznań pchają mnie tam gdzie kości łamią. Przy tym zaś mam totalnego pecha, który już od wielu lat mnie prześladuje. To jest po prostu nie fair, by na jednej mojej skromnej osobie skupiła się cała pechowość, jaką można by śmiało obdzielić kilka osób. Mam też z tego powodu pewne pretensje do Najwyższego. Ciągle jednak żyję, choć śmiało mogłam już kilka razy zginąć i to zaliczam mu na plus. Różnych wypadków miałam już bez liku. Chyba z dziesięć razy byłam w gipsie i nie wiem ile razy jeszcze będę. Coś okropnego. Jedni przez całe życie nie wiedzą co to złamanie czy zwichnięcie, a mnie ciągle coś się takiego przytrafia.

   Historia ta rozpoczęła się w ferie po pierwszym semestrze na studiach. Ciężko pracowałam i uczyłam się, bo jak pamiętasz rozpoczęłam studia prawie z dwu miesięcznym opóźnieniem i musiałam nie tylko na bieżąco być z materiałem, ale również nadganiać zaległości. To i tak dobrze, że rektor poszedł mi na rękę i pozwolił mi z takim opóźnieniem podjąć studia. Po semestrze zaliczonym na dobrze byłam zmęczona jak pies. Agata z Piotrkiem postanowili wysłać mnie na tydzień w góry, bym odpoczęła. Tadeusz też gorąco mnie do tego zachęcał. Chciałam, by pojechał ze mną, ale praca mu na to nie pozwalała.. Pojechałam więc sama. Ośrodek był bardzo ładnie położony, był wyciąg narciarski i lodowisko. Można było sobie poszaleć na stoku i odbywać wycieczki na nartach. Gro wczasowiczów stanowili studenci, którzy w trakcie przerwy semestralnej postanowili odpocząć w górach. Było to bardzo wesołe i sympatyczne towarzystwo. Na moje nieszczęście była pomiędzy nimi również grupa grotołazów, którzy zamierzali spenetrować jedną z mało zbadanych jaskiń, która znajdowała się w okolicznych górach. Nigdy nie byłam w żadnej jaskini, więc podkusiło mnie, by razem z nimi udać się na tę eskapadę, bo zawsze kusiły mnie jakieś ekstremalne wyzwania. Chłopcy i dziewczęta zgodzili się bez większych oporów, choć powątpiewali w moje przygotowanie kondycyjne, ale jak położyłam jednego chłopaka na łopatki, to nie mieli już żadnych obiekcji.

   Fajni byli. Poczucie humoru na najwyższym poziomie. Dobrze się z nimi czułam. Szczególnie jedna z dziewcząt, która była w tej grupie, przypadła mi od razu do serca. Była świetna. Ładna, serdeczna, inteligentna i z gatunku śmieszek  prawdziwy cud. To ona właśnie zaopiekowała się mną i doposażyła mnie w niezbędne wyposażenie. Trzeciego dnia mojego pobytu wybraliśmy się na tę eskapadę. Wyszliśmy wcześnie rano, by mieć jak najwięcej dnia na penetrację jaskini i przed zmrokiem wrócić do ośrodka. Z ciężkim ekwipunkiem droga wcale nie była łatwa, a tym bardziej dla mnie, bo przecież niedawno miałam złamaną nogę i ta jeszcze mi trochę doskwierała przy dużym przeciążeniu. Dotarliśmy jednak wczesnym rankiem na miejsce. Jak pamiętam, to akurat wschodziło słońce i widok na ośnieżone góry był wprost bajkowy. Nie dane mi było jednak długo się nim zachwycać, bo wszyscy szykowali się do wejścia do jaskini. Wejście było dość wąskie i z trudem się przeciskaliśmy. Był z nami jeden bardziej doświadczony grotołaz Janusz, który już zaliczył wiele jaskiń i to nie tylko u nas w kraju, ale również na Słowacji i Pirenejach. Ten kierował wszystkim i prowadził grupę. Ja szłam w środku stawki. Minęliśmy pierwszą większą komorę i wąskim przejściem przeciskaliśmy się dalej. Każdy z nas miał kask, lampę, linę, niewielki plecak z zapasami. Nie lubię ciasnych pomieszczeń i przeklinałam w duchu, że tam poszłam. Po prostu duszę miałam na ramieniu. Dręczyło mnie też od rana jakieś złe przeczucie, ale nie chciałam już wycofywać się, bo być może by mnie wyśmiano. Powiedzieliby; - Taka gierojka, a cykora sieje. A może nic by takiego nie powiedzieli.

   Po przejściu może 200 metrów był tam dość wąski korytarz, który w pewnym miejscu odrobinę się rozszerzał. Była tam jakby studnia i aby ją obejść musieliśmy przywiązać się do liny i ostrożnie, posuwając się tuż przy samej ścianie wąską półeczką, powoli obchodzić tę studnię, by wejść w kolejny korytarz. Gdy przyszła kolej na mnie i byłam już w połowie drogi, obsunęło mi się podłoże pod butami i zjechałam do tej studni. Usłyszałam ostrzegawczy krzyk i poczułam szarpnięcie linki asekuracyjnej. Trzasnęło też coś przy moim pasie bezpieczeństwa. Walnęłam też w ostry występ skalny i strasznie zabolało mnie w boku, aż mnie zemdliło. Ci, co szli przede mną i za mną, zareagowali błyskawicznie i dlatego nie poleciałam głębiej. Na szczęście szli tam silni chłopcy i po chwili wypełnionej pytaniami o stan mojej powłoki cielesnej zaczęli mnie z moją pomocą wyciągać. Studnia miała ściany w postaci leja zwężającego się do dołu, a ja wleciałam w nią gdzieś na 3 metry. Zaczęto mnie na komendę Janusza powoli wyciągać. Pech jednak chciał, że gdy już prawie wylazłam z tej dziury, to zdarzyło się coś, co nie miało prawa się zdarzyć, a mianowicie strzelił zaczep, którym byłam przyczepiona do linki asekuracyjnej...

   Akurat w ty momencie nie trzymałam się jej, ale wspierając się rękami o występy skalne próbowałam pomoc chłopakom wyciągnąć mnie z tej dziury. Nie zdążyłam złapać się za linkę, czy za cokolwiek i poleciałam apiać do tej dziury. Tym razem zsunęłam się na głębokość około 8 metrów i ugrzęzłam. Lej studni zwężał się tam w wąskie gardło naszpikowane występami skalnymi. Wpadłam tam całym ciężarem ciała i zaklinowałam się dokumentnie aż po pachy. Widziałeś kiedyś pysk szczupaka? Jego małe ząbki są zakrzywione do środka i jeżeli włożysz palec do pyska, to już bez pomocy noża go nie wyciągniesz. Kiedyś, jako dziecko, byłam z ojcem na rybach i jeden łobuziak namówił mnie bym tak zrobiła, to wiem o czym mówię. Tak samo było w tej studni. Wpadłam tam jak w paszczę szczupaka i nie mogłam się ruszyć. Całe szczęście, że gruba kurtka zamortyzowała trochę to walnięcie w zadziory skalne, ale i tak jeden z nich rozdarł mi skórę na boku i to tak głęboko, że czułam jak krew mi ścieka. Przy okazji uszkodziłam sobie też rękę i coś chrupnęło mi w obojczyku. Ból był tak straszny, że na chwilę straciłam przytomność. Gdy ją odzyskałam, to usłyszałam krzyki z góry i zobaczyłam odblask latarek, którymi moi towarzysze świecili do tej studni. Wołali mnie, więc odkrzyknęłam, że żyję i opisałam im swoją sytuację. Janusz po dłuższej chwili powoli zszedł do mnie, by ocenić sytuację. Nie wyglądało to najlepiej. Nie można mnie było stamtąd ruszyć, bo się zaklinowałam, a w dodatku było tam bardzo wąsko. Próbował mnie delikatnie wyciągnąć, ale nie dał rady. Ja tylko zaciskałam zęby, bo ból był straszny. Wreszcie Janusz dał spokój i wyszedł ze studni. Było strasznie ciasno, ciemno i bardzo mnie wszystko bolało. Czułam też, że ciężar mojego ciała wciska mnie coraz to bardziej w dół i powoduje, coraz boleśniejszy ucisk. Opierając się rękami o brzegi próbowałam powstrzymać ten proces. Płakałam też i przeklinałam się w żywy kamień, że tu polazłam.

   Janusz zszedł do mnie po dłuższej chwili drugi raz z drugą linką, do której mnie przywiązał. Krzyknął do góry i linka się napięła, ciągnięta przez pozostałych członków grupy. Janusz amortyzował mnie i próbował jakoś odczepić z tych skalnych występów. Niestety na nic to się zdało. Zbyt mocno byłam zaklinowana. Raczej rozdarliby mnie na części niżby mnie wyciągnęli. Wreszcie dali spokój. Ból był przeraźliwy, że znowu na krótko zemdlałam. Janusz wyszedł na wierzch i znów po chwili zeszedł do mnie. Przyniósł kilka kurtek, którymi obłożył mnie, bym się nie wyziębiła i nie zapadała w dół, co mogłoby doprowadzić do uduszenia. Po chwili zeszła też do mnie Irena. Powiedziała, że dwóch chłopców z naszej grupy pobiegło do najbliższego telefonu, by wezwać GOPR. Pocieszała mnie też dziewczyna, że za niedługo nadejdzie pomoc. Było mi strasznie zimno, czułam też okropny ból. Cała skostniałam i w dodatku miałam problemy z oddychaniem. Karmili mnie czekoladą i poili ciepłą herbatą z termosu. Na zmianę też wchodzili do studni na 5-10 minut, bym nie była tam sama i za to byłam im wszystkim niezmiernie wdzięczna. Sama chyba bym tam oszalała.

   Rozmawialiśmy cały czas. To znaczy oni mówili, a ja jedynie od czasu do czasu dawałam znam przytomności. Wreszcie po 3 godzinach tej gehenny nadeszli GOPRowcy. Na całe szczęście dla mnie, bo prawie, że żegnałam się już z tym światem. Wiesz, nie wiem do dziś, jak ja to przetrzymałam. Po wielu zachodach wreszcie uwolnili mnie z tej dziury. Byłam tak zdrętwiała, że musieli mnie rozcierać, by przywrócić prawidłowe krążenie i bym mogła z ich pomocą wyjść z tej jaskini. Nie było mowy o żadnych noszach, bo przejście było zbyt wąskie. Gdy zobaczyłam światło dzienne, to się rozpłakałam ze szczęścia. Po chwili przyleciał wezwany przez radio helikopter, którym przetransportowano mnie do szpitala.
   Resztę opiszę Ci w następnym liście, choć nie wiem kiedy to będzie.


Początek strony

Valid XHTML 1.0!

Wykonał: Hieronim Śliwiński dn. 25-05-2006