logo
Wróć na stronę główną

Strony:  1  -  2  -  3  -  4  -  5  -  6

PROZA

Szkice Ewy Baśnie Ewy Opowiedz Anno cz. I Opowiedz Anno cz. II
Opowiedz Anno cz. III
Opowiedz Anno cz. IV Opowiedz Anno cz. V Pamiętnik pacjenta Wspomnienia

DZIEŃ X

   - Nie tak szybko. Nie od razu wróciłam do domu. Po drodze, w pociągu przeżyłam jedne z najtrudniejszych chwil w moim życiu.
   - Jak się okazało ta historia z bandytami i jej późniejsze konsekwencje nie były jeszcze takie straszne. Nawet zawód miłosny nie był tak bardzo dramatyczny, chociaż w tamtym czasie uważałam, że cały mój świat się zawalił. Tak chyba sądzi każdy, kogo spotkało takie nieszczęście. Dlatego pewnie spora część samobójców wywodzi się z tego grona młodych ludzi.
   - Widziałam się, bo przyszedł na dworzec, gdy wyjeżdżałam z Wiednia. Niestety jego słowa jakoś do mnie nie docierały. Być może był we mnie zbyt duży żal. To wszystko było jeszcze zbyt świeże, bym mogła racjonalnie myśleć. Szkoda, że tak się rozstaliśmy. Być może gdybym wtedy mogła racjonalnie ocenić sytuację, gdybym mniej emocjonalnie zareagowała, wreszcie gdybym trochę więcej go znała i nie byłą taka rozgoryczona, to być może była jeszcze dla nas jakaś szansa. Nie znałam jednak dostatecznie życia, bo i gdzie mogłam je poznać.
   - Zachował się, jak to Juliusz, elegancko. Przeprosił mnie. Mnie jednak znowu na jego widok ogarnął szalony płacz i uciekłam do wagonu. Nie pożegnałam się z nim, a nawet zapomniałam pożegnać się z Gizelą. Później dopiero, po jakimś czasie, zadzwoniłam do niej z przeprosinami.
   - Utrzymuję z nią kontakt, bo to naprawdę dobry człowiek. Wiesz, gdy spotkam takiego człowieka, to staram się podtrzymać z nim znajomość. To takie cudowne mieć dobrych przyjaciół. Gizela nawet odwiedziła mnie kilka razy już tutaj w Polsce. Za każdym razem, gdy przyjeżdża odwiedzić rodzinę w Polsce, to zagląda też do mnie.
   - Podróż? Nie to nie była dla mnie podróż, ale droga przez mękę. W pociągu mój stan psychiczny pogarszał się z godziny na godzinę. Coś się we mnie przesilało. Nie pomagały nawet leki, które sobie zaordynowałam. Czułam jakby jakieś obce siły przejmowały władzę nad moimi myślami. Ni stąd ni zowąd zaczęły mi się roić nie stworzone rzeczy. Pojawiły się nieznane mi lęki i obawy. Ludzie, z którymi jechałam w przedziale zaczęli mi się wydawać wrogami, którzy nastają na moje życie. Sympatyczna pani, która pocieszał mnie, gdy płakałam po pożegnaniu w Wiedniu nagle zdała mi się być potworem.
   - Kontrole graniczne? Wiesz, nawet ich nie pamiętam. Musiałam chyba jednak zachowywać się dość przyzwoicie, bo nie mieli do mnie żadnych obiekcji. Chyba po przekroczeniu granicy, już w Polsce, nastąpiło apogeum mojej paranoi. Narastała ona lawinowo, jakby puściły we mnie jakieś tamy i wylały się ze mnie chore paranoiczne myśli i nie tylko myśli. Pamiętam, że wyszłam z przedziału i chodziłam po korytarzu. Nagle poczułam w sobie jakieś niezwykłe podniecenie, napięcie; jakbym na coś czekała. Ni stad i zowąd pojawiły się One.
   - Tak bezosobowo mówię o Głosach. Pojawiły się i zahuczały mi w czaszce ohydnymi, skrzeczącymi głosami. Najpierw pojawił się jeden Głos, ale najwyraźniej się nudził sam i po chwili przywołał sobie kompana. We dwóch z łatwością dali sobie radę ze mną. Byłam już tak rozkojarzona, bezwolna, nie miałam w sobie siły walczyć, przeciwstawiać się ich nakazom. Pierwszy atak Głosów był dla mnie druzgocący i całkowicie mnie stłamsił. Zresztą nie rozumiałam w ogóle, co się ze mną dzieje. Do dziś pamiętam tylko fragmentaryczne, wyrwane z kontekstu obrazy. Mój umysł bronił się jakiś czas, próbował racjonalnie jakoś tę niezrozumiałą dla siebie sytuację wyjaśnić. Agresja Głosów była jednak ponad jego siły; nie był w stanie dłużej im się opierać.
   - Co mówiły? Tego nie da się opowiedzieć. Nie wiedziałam, że gdzieś we mnie zakodowane są takie pokłady zła, agresji, nienawiści, podłości, wulgarności i w ogóle szambo. W pierwszej chwili przeżyłam szok spowodowany tym, że w mojej głowie mam rynsztok.
   - Tego nie uda się ująć racjonalnie. Zresztą w takich stanach paranoi nie myśli się przecież racjonalnie. Najprostszym wyjaśnieniem jest, że to ktoś do ciebie mówi, ale przecież to była noc; na korytarzu nie było żywego ducha, a we mnie huczały głosy. Później na myśl przychodzi telepatia; ktoś nadaje do mojej te słowa do mojej głowy. Ale kto? Kto może być tak podły, zły, wstrętny, by przekazywać mi takie słowa? Cząstka mojego mózgu starała się jeszcze trzymać rzeczywistości, bronić się, ale daremnie. Przegrywałam. Głosy niepodzielnie przejmowały nade mną władzę. Nie wiem ile czasu to trwało; może godzinę, może kilka godzin... Głosy triumfalnie wrzeszczały w moim mózgu świętując całkowite przejęcie władzy nade mną.
   - Pamiętam, pamiętam... tego się nie da zapomnieć. Zresztą od czasu do czasu to się powtarza, tyle, że w mniej agresywnej formie. Teraz wiem mniej więcej jak na nie reagować, jak się bronić; choć też nie zawsze. Czasem potrafią mnie jeszcze zaskoczyć czymś nowym. Wtedy tej wiedzy nie miałam. Jak już ci mówiłam, nie wszystko jednak pamiętam z tej nocnej jazdy. Chyba w którymś momencie Głosy kazały mi robić straszne rzeczy. Zdaje się, że rzuciłam się na kogoś, bo Głosy mówiły, że to mój wróg i chce mnie zabić. W końcu kazały mi popełnić samobójstwo. Byłam tak im podporządkowana jak szeregowy w wojsku wyższej szarży. Rozkaz – wykonać. Patrz drzwi, otwórz i wyskocz ty k... !!!Wyskakuj k...!!! Krzyczały we mnie. Wyskakuj...!!! Dwóch mężczyzn z trudem oderwało mnie od drzwi. Zbudziłam chyba cały wagon sypialny swoimi wrzaskami. Wezwano konduktora. Ten przez radiotelefon połączył się z kierownikiem pociągu. Przyniesiono mój bagaż. Zatrzymano pociąg na najbliższej stacji, gdzie czekała już karetka pogotowia, związano mnie kaftanem bezpieczeństwa i pasami, podano zastrzyk i po chwili usnęłam. Film mi się urwał na kilka ładnych dni. Wiem, że przez cały czas leżałam w łóżku związana jak baleron. Jak mi później opowiadano; to takiej furiatki dawno tam nie widziano.
   - Oczywiście zawieziono mnie do szpitala psychiatrycznego, bo gdzieżby indziej. Nie powiem ci gdzie, bo nie chce mi się tego szpitala wspominać. I to nie dlatego, że źle mnie tam leczono, czy źle traktowano, ale po prostu wstydzę się, że tak tam wszystkim nadokuczałam. Czasami tak bywa, że pierwszy atak choroby psychicznej bywa najgwałtowniejszy i tak właśnie było w moim wypadku. Gdy tylko mnie rozwiązano, by np. mnie umyć, no to... wstyd mi to wspominać, ale byłam chodzącą agresją. Mój umysł spał, a sterowały moimi poczynaniami Głosy. Tylko tyle mam na swoje usprawiedliwienie. Byłam jak bezwolny automat sterowany złymi, destrukcyjnymi siłami. To straszne, co w człowieku drzemie. Musiałam leżeć w izolatce, bo nie dawałam ludziom żyć. Te straszne Głosy zrobiły ze mnie potwora. Ciągle sączyły we mnie złość i nienawiść. Boże, napadłam nawet na Agatę i Alę, które zawiadomione przez szpital, przyjechały na drugi koniec Polski, by mnie odwiedzić. Później było mi tak strasznie przykro i wstyd przed nimi. Pamiętam ich oczy; takie zdziwione i przerażone... To ja, ich siostra, je przerażałam. Rozumiesz! Przerażałam swoją rodzinę. Przerażałam osoby, które kochałam...
   - Miałam szczęście. Czasem tak jest, że długo nie można choremu człowiekowi „ustawić leczenia”. Wiesz, co przez to rozumiem. Nie można mu dobrać odpowiednich leków. Czasem trwa to miesiącami, zanim metodą prób i błędów ustawi mu się leczenie, które da pozytywny skutek. Na początku stosuje się oczywiście standard leczenia, czyli podaje się leki, które sprawdziły się w podobnych wypadkach. Każdy człowiek jest jednak inny i inaczej reaguje na niektóre specyfiki. Dlatego najczęściej później ustawia mu się indywidualne leczenie. Ja trafiłam na bardzo dobrego psychiatrę, Panią Ordynator tamtego oddziału, której udało się dość szybko opanować we mnie chorobę. Zdaje się, że mój przypadek wzięła sobie jakoś szczególnie do serca, bo poświęcała mi dość dużo czasu. Szczególnie później, gdy już udało jej się spacyfikować we mnie Głosy i byłam zdolna dość logicznie odpowiadać na jej pytania. Nie zrażała się nawet wtedy, gdy Głosy powodowały, że znowu na jakiś czas zatracałam się. Cierpliwie „odbudowywała” mnie na powrót. Bardzo dużo jej zawdzięczam. Wiele się też od niej dowiedziałam na temat mojej choroby. Rozmowy te bardzo dużo mi pomogły. Z jej rad korzystam często.
   - Prawie miesiąc, tyle trwało zanim wyciągnięto mnie z tego bagna. Głosy stopniowo ucichały, aż w końcu zupełnie znikły. Poczułam się tak wolna jak ptak. Jaka ja była szczęśliwa. Mówiłam ci, miałam szczęście, bo trafnie dobrano mi leczenie i to szybko zadziałało. Czasem tak bywa, że nietrafnie dobrane leczenie może spowodować nawet pogłębienie choroby. Minęło jednak półtorej miesiąca zanim wypisano mnie do domu.
   - Tak Agata z Alą i niekiedy z Krystianem i Ewą przyjeżdżali do mnie co niedziela. Cieszyli się bardzo, że powracałam do zdrowia. Ale na pewno nie tak jak ja. Dla mnie skończył się straszliwy koszmar i nie było dla mnie większego szczęścia.
   - Okazało się, że w międzyczasie przeprowadziłam się do innego miasta, to znaczy Agata nas przeprowadziła. W cała sprawę zaangażowali się wszyscy; Ewa, Agata, Ala i Krystian a nawet mój Chrzestny udostępnił Agacie ludzi i transport. Namęczyła się biedaczka strasznie, a ja nie mogłam jej w niczym pomóc. Było mi wtedy z tego powodu strasznie przykro, że przez moją chorobę zwaliła wszystko na jej barki.
   - Nowe mieszkanie, było niczego sobie. Było odrobinę mniejsze niż poprzednie i w dodatku mieściło się w blokowisku. Takie nieciekawe pogierkowskie budownictwo. Każda z nas miała jednak osobny pokoik dla siebie; to już było nienajgorzej.
   - Z Alą niestety musiałyśmy się pożegnać. Jeszcze długo potem bardzo nam jej brakowało. Tak się z nią zżyłyśmy, że przez dłuższy czas czułyśmy pustkę bez niej.
   - Zamieszkała z Krystianem, który na tę okazję kupił większe mieszkanie. Oni byli już małżeństwem, choć wtedy jeszcze nieformalnie. Pobrali się dopiero we wrześniu.
   - Paradoks. Życie uwielbia płatać nam figle i to z gatunku tych złośliwych. Przecież chciałam w nowym środowisku wystartować ze swoją naturalną twarzą, co mi się udało, no i z nieskalaną opinią. A tu masz. Już na samym starcie miałam otrzymać przydomek; „wariatka”.
   - Nie, nie było tak źle; przynajmniej na początku. Na razie byłyśmy zupełnie obce i nikt się nami zbytnio nie interesował. W nowej szkole musiałam jednak przedstawić usprawiedliwienie; dlaczego podejmuję naukę z ponad miesięcznym opóźnieniem. No i wiesz jak to jest; ściany mają uszy. Szybko się rozniosła wieść, że ta „nowa” to „psychol”. Ludzie jak to ludzie; różnie reagują na osoby cierpiące na schorzenia psychiczne. Jedni się podśmiechują po kątach i prawią złośliwostki, inni przyjmują to obojętnie, a jeszcze inni gotowi są ci współczuć – czego nie cierpię. Niestety jakoś mało jest tych, którzy rozumieją i są gotowi ci pomóc. Całe szczęście, że to była szkoła wieczorowa i ludzie byli tam poważniejsi. Uwikłani w naukę i pracę nie mieli mi ochoty dokuczać. Zresztą nie dawałam im swoim postępowaniem powodu do szczególnego zajmowania się moją osobą. Jeszcze w tamtej szkole nadgoniłam trochę materiał. Więc tu mogłam, pomimo opóźnienia w podjęciu nauki, szybko wdrożyć się i nadgonić zaległy materiał. Po dwóch tygodniach byłam już na bieżąco.
   - Agata! No cóż. Dość szybko zaaklimatyzowała się w nowej pracy. Ona zresztą, w przeciwieństwie do mnie, ma niezwykły dar szybkiego wrastania w nowe środowisko. Musiała jednak obok pracy i nauki w szkole – czekała ją przecież matura – uczyć się wielu nowych rzeczy.
   - Zostało nam trochę grosiwa po zagospodarowaniu się na nowym miejscu, ale niestety ta suma wciąż topniała, bo ja jeszcze nie miałam pracy. To było spore miasto; nie takie jak nasze maleńkie miasteczko, w którym mieszkałyśmy do tej pory. Miało też więcej pokus. Był dobry teatr, opera, muzea, wystawy, galerie... trzeba było przecież wszystko zwiedzić i obejrzeć; jakby inaczej. Mieszkać w mieście i nie znać go? Toż to grzech. Nie będę się przecież gubić w mieście, w którym mieszkam. Pierwsza rzecz to dobre rozpoznanie; tak zawsze, jak wspominała Ewa, mówił nasz dziadek.
   - Kawiarnie i dyskoteki też były, ale my nie miałyśmy na nie czasu. Na razie byłyśmy tak zajęte, że nie miałyśmy czasu na nic. Agata miała „zerwistan” w nowej pracy, a ja szukałam dla siebie miejsca na rynku pracy w mojej specjalności.
   - Jakby ręką odjął. Zresztą starałam się na siebie uważać. Regularnie zażywałam przepisane leki i w ogóle dbałam o siebie. Regularnie chodziłam też do poradni. Tam niestety wielkiej pomocy nie uzyskałam. Nie było po prostu z kim pogadać. Kilka minut rozmowy z psychiatrą i sprawa odfajkowana. Ciarki mnie przechodziły na samą myśl, że choroba może powtórzyć, a ja będę musiała skorzystać z pomocy takiego lekarza. Nawet nie chciało mi się o tym myśleć. Cały czas podtrzymywałam kontakt z Panią Ordynator, która mnie leczyła. To była naprawdę zapracowana kobieta, ale zawsze znalazła czas, by odpisać na moje listy. Tam też w szpitalu zasięgnęłam języka w sprawie nawrotów choroby i niestety nic pocieszającego nie usłyszałam. Mogą być, ale nie muszą, najprawdopodobniej jednak będą. Znane są jednak przypadki, że po jednorazowym ataku choroba nigdy się już nie powtórzyła. Niestety ja nie jestem taka szczęściara.
   - Nie, o dziwo mój umysł funkcjonował dość sprawnie. Nie spostrzegłam u siebie, żadnych dysfunkcji umysłowych. Mówią jednak, że najtrudniej stwierdzić braki u samych siebie. Funkcjonowałam nawet lepiej niż przed zachorowaniem. Mogłam się lepiej skoncentrować, miałam lepszą pamięć i ogólną sprawność umysłu. To znakomicie ułatwiało mi naukę, pracę zresztą również.
   - Nie mogłam być przecież na garnuszku Agaty. Zresztą musiałam pracować i to teraz legalnie. Musiałam zarejestrować się jako jednoosobowa firma, płacić podatki, składki na ubezpieczenie i składki emerytalne. Nie mogłam sobie teraz, gdy byłam zagrożona chorobą, pozwolić na marnowanie lat. Musiałam myśleć o tym, że być może kiedyś choroba uniemożliwi mi pracę zawodową i nie będę mogła zarabiać na własne utrzymanie. Musiałam zadać sobie pytanie; co wtedy, z czego będę żyła? Przez ostatni tydzień mojego pobyty, tam w szpitalu, rozmawiałam z wieloma ludźmi chorymi. Interesowało mnie jak sobie radzą w chorobie i wtedy, gdy wracają do domów. Jedno, co mnie uderzył w tych rozmowach, to brak przyszłościowego myślenia. Przebijało z nich jedno; jakoś to będzie, bądź z góry liczenie na czyjąś pomoc. Tylko jedna czy dwie osoby miały jakieś plany radzenia sobie w życiu. To dało mi dużo do myślenia. Pomyślałam, że ja tak nie mogę, że muszę się jakoś zabezpieczyć, by w wypadku najgorszego mieć jakieś środki do życia. Pomyślałam również o Agacie. Przecież ona zechce sobie ułożyć życie. A gdy ja zachoruję, to jak ją znam, na pewno mnie by nie opuściła. Nie tylko zawiązałaby sobie moimi problemami przyszłość, ale w dodatku musiałaby mnie utrzymywać. Pomyślałam, że tak nie może być. Dopóki mogę muszę jakoś zadziałać, by nawet w przypadku ciężkiej choroby mieć z czego żyć.


Początek strony

Valid XHTML 1.0!

Wykonał: Hieronim Śliwiński dn. 10-10-2005