logo
Wróć na stronę główną

Strony:  1  -  2  -  3  -  4  -  5  -  6

PROZA

Szkice Ewy Baśnie Ewy Opowiedz Anno cz. I
Opowiedz Anno cz. II
Opowiedz Anno cz. III Opowiedz Anno cz. IV Opowiedz Anno cz. V Pamiętnik pacjenta Wspomnienia

DZIEŃ VII

- Miło cię spotkać. Czasem cieszę się na spotkanie z Tobą. Czasem jednak boję się ich.
- Czego? Ależ tego, że mnie będziesz męczył, wyciskał ze mnie wspomnienia. Ale ostatnio mam takie odczucie, że jak wyjdę ze szpitala to będzie mi brakowało tych naszych spacerów.
- Nie, na razie jeszcze nie. Była u mnie dzisiaj Agata z dziećmi i pytała lekarza, ale ten jeszcze konkretnego terminu nie podał. Powiedział tylko, że wszystko ze mną jest w najlepszym porządku.
- Co ty powiesz? Tak widać po mnie, że miałam odwiedziny?
- Na twarzy mam wypisaną radość!? No cóż. Nigdy nie miałam twarzy pokerzysty. A tu jeszcze nie mam czego ukrywać, po prostu bardzo się cieszę. Cieszę się, cieszę się... To mało powiedziane, najlepiej zatańczyłabym z tej radości na środku ulicy. Czy mogę Pana prosić do tańca?
- Dzięki serdeczne, doskonale się czuję. Czasem ma taką ochotę zrobić coś szalonego. Chociażby taki drobiazg jak taniec na środku ulicy. Serdeczne dzięki za ten taniec.
- Ucieszyło mnie wiele rzeczy, a przede wszystkim to, że w mojej cudownej rodzinie wszystko jest w najlepszym porządku. Wyobraź sobie, że Agata awansowała i jest teraz dyrektorem przedstawicielstwa dużej zagranicznej firmy na cały region. To naprawdę duża rzecz. Szkoda tylko, że będzie miała teraz dużo mniej czasu dla siebie i rodziny.
- Masz rację, to jest ta przysłowiowa łyżka dziegciu w beczce miodu. Ale moje dzieci są już na tyle duże, że jakoś dadzą sobie radę. Zresztą jest z nimi również Tadeusz. Ten nie mógł przyjechać, bo do jego firmy przyjechała jakaś ważna delegacja, ale wpadnie do mnie w tygodniu. Może moja choroba też weźmie sobie dłuższy urlop i da mi spokój. Powiem ci, że modlę się o to bardzo gorąco. Chciałabym odciążyć Agatę i Tadeusza. Agata teraz będzie na pewno miała więcej obowiązków. Na pewno będzie miała masę obowiązków i dlatego trochę mi śpieszno do domu, bo wiem, że moim bliskim jest trudno.
- Z dziećmi? Są zdrowie i w naszych stosunkach nic się nie zmieniło. Żebyś widział jak się na mnie rzuciły, mało mnie z tej radości nie przewróciły. Aż się rozpłakałam. Niestety oczy mam w bardzo mokrym miejscu i wiele rzeczy, które dla innych są obojętne mnie wzrusza.
- Co ty nie powiesz? Na kreskówkach. Ze mnie robi się mokra plama na melodramatach, albo na filmach opartych na faktach autentycznych. A już na takim programie jak „Zerwane więzi” zapłaczę kilka chusteczek.
- Masz rację, czas ucieka i nie wiem ile mi go jeszcze zostało. Może jutro coś konkretnego będę wiedziała.
- Ech, tylko tak mówisz, nie jesteś z tych gorszych, ale wiem co czujesz. Chciałbyś skończyć pracę. „Dorwałeś” się do tematu i nie chcesz odpuścić. Jest w tobie wiele z dziennikarza, ale nie masz ich przebojowości. To ci pewnie utrudnia życie. Mnie ta cecha też nie pomaga.
- Chodź, pójdziemy przed siebie, a ja będę opowiadać ci bajeczki. Wiesz, takie bajeczki z życia wzięte. Czasem wesołe, czasem smutne. Wiesz co to jest szpital? Wiesz doskonale. Ile już lat w nim przebywasz?
- Co ty nie powiesz? Tak długo? Nie wyglądasz. Ale ja też mam już w tej instytucji nielichy staż. Kiedyś policzyłam, że jest tego już blisko pięć lat. Aż mnie to przeraziło. Tyle czasu zmarnowanego. Wtedy, po tym pobiciu leżałam w szpitalu pierwszy raz i nawet mi się nie śniło, że to na przyszłość będzie mój drugi dom. Chociaż jak tak pomyślę to już wtedy wychodziły ze mnie pierwsze symptomy choroby. Ale człowiek sam w sobie pewnych rzeczy nie dostrzega. To dopiero otoczenie rejestruje te zmiany zachodzące w tobie i daje ci sygnał, że jest z tobą coś nie tak. No świetnie, porozmawialiśmy sobie w ramach rozgrzewki i mogę ci się dalej zwierzać.
- Nie, wystarczy. Ja wiem, że ty możesz słuchać, ale ja nie mogę sobie popuszczać cugli, bo mi cię szkoda. Zagadałabym cię na śmierć. Basta, już dość tych pogaduszek, wracamy do konkretów.

  Przebywałam w Szpitalu przez wieczność, tak mi się przynajmniej wtedy wydawało. Leżenie, czytanie, opatrunki... leżenie, telewizja, opatrunki... krótki spacer po korytarzu, leżenie, odwiedziny, policja i tak dzień po dniu. Człowiek młody jest niecierpliwy, toteż nie miano tam ze mną lekkiego życia. Nadszedł wreszcie ten dzień, gdy nareszcie „dorwałam” się do lustra i udało mi się spojrzeć na swoją twarz bez opatrunków. Jeśli człowiek przeżyje wielki szok, to wychodzi z tego już innym człowiekiem. Już nie jest taki sam. Taki szok czasem zabija ludzi, nie wytrzymują go i popełniają jakieś głupstwo. Też o tym myślałam, ale na szczęście chęć życia była we mnie silniejsza. Ale to, że wtedy nie umarłam to cud. Nigdy nie zaliczałam się do piękności, ale lubiłam tę swoją spokojną, nie wyzywającą urodę. Zawsze mówiłam, że mam urodę 7/10, gdy się wtedy zobaczyła to miałam urodę 1/10.
Ten drań „przefasonował” mi twarz tak, że się sama nie mogłam poznać. Każda dziewczyna w wieku 19 lat chce się podobać i jeśli któraś z nich mówi, że jest inaczej, to albo udaje, albo kokietuje. Nie byłaby kobietą, gdyby było inaczej. Gro wydatków młodej kobiety to kosmetyki. Gdy z dnia na dzień całą jej krasę „diabli wezmą” to świat się dla niej wali i nic nie pomagają mądre myśli typu; „nie uroda zdobi człowieka”, „przede wszystkim ważny jest intelekt” itd.
  Tak też stało się ze mną. Nie na darmo chowano przede mną wszystkie lustra. Chciano mi dać czas na oswojenie się ze swoją szpetotą i wzmocnienie się psychiczne. Ale ja znalazłam lustro. W przeszklonej szafie tylna ścianka była lustrem i tam się zobaczyłam. Doznałam na swój widok niesamowitego, strasznego uczucia. Tego nie da się opisać, ani opowiedzieć. Wybuchłam straszliwym płaczem, który trwał kilka godzin i nic nie mogło go powstrzymać. Nawet leki uspokajające, które mi zaordynowano nic tu nie poradziły. Tam w lustrze zobaczyłam maszkarę do straszenia niegrzecznych dzieci. Koszmar, który może się przyśnić w najokropniejszym śnie.
  Wszystko to spowodowało, że zapadłam w depresję, zamknęłam się, gdzieś we mnie krążył konglomerat destrukcyjnych myśli, które coraz głębie wciągały mnie w rozpacz i otępienie. Przestałam reagować na wiele spraw. Dotąd starałam się dbać w miarę możliwości o swoją higienę, miałam nadzieję, miałam żywotność – teraz to wszystko stało się zupełnie nieistotne, obojętne. Nic mnie nie obchodziło. Przychodziły mnie odwiedzić Ciotka Ewa z Alą, przychodził Krzyś, mój dobry znajomy – taki brat „łata”, ale jego też nie chciałam widzieć. Zdawałam sobie sprawę, co się wokół mnie dzieje, ale reagowałam na to z otępieniem. W końcu na jakiś czas dano mi spokój i przestano mnie nagabywać. Pamiętam, że w tym ciężkim okresie nagabywała mnie też jakaś dziennikarka, ale ją też posłałam do diabła. Wysmażyła jednak później jakiś artykuł, taki z rodzaju wyciskaczy łez, który narobił trochę szumu, ale mnie to wtedy nic nie obchodziło.
Po tygodniu, czy półtorej zaczęłam powoli wracać do życia. Być może trochę pomogły mi leki, które zaordynował mi psychiatra, który dwa czy trzy razy zajrzał do mnie, poproszony przez Ordynatora oddziału. To był mój pierwszy kontakt z psychiatrą i jak życie później pokazało, nie ostatni.
  Któregoś dnia przyszli znajomi policjanci. Mówię znajomi, bo dość często do mnie zaglądali, by to i owo uściślić w moich zeznaniach. Tym razem przyszli jako asysta zastępcy prokuratora, który nadzorował śledztwo w naszej sprawie. Powiedzieli, że udało im się aresztować tego łotra, którego rozpoznałam. Byłam jednak wtedy w takim stanie psychicznym, że prawie nic mnie to nie obeszło, a może „psychotropy” tak na mnie podziałały. Tak jak niedawno jeszcze ziałam gniewem i nienawiścią, tak teraz było mi wszystko jedno. Dawnej twarzy i tak mi nikt nie przywróci. W tym się jednak pomyliłam, jak zresztą w wielu innych sprawach. Policjanci przyszli w zasadzie by zaprosić mnie do komendy na rozpoznanie. Wiesz jak to się odbywa. Stawiają ci w szeregu kilku facetów i ty masz spośród nich rozpoznać tego właściwego złoczyńcę.
- Nie to nie tylko mnie tak maglowano. Chłopców też męczono, ale oni byli mądrzejsi, bo powiedzieli, że nic nie widzieli. Zostali napadnięci przez nieznanych, zamaskowanych bandytów i nie są w stanie ich rozpoznać. Może tak było faktycznie, bo akcja wtedy była szybka, a może wykazali się większym sprytem ode mnie. Bo okazało się, że to tylko ja coś widziałam. Agatę też wypytywali, gdy tylko trochę doszła do siebie, ale ona też nic im nie mogła pomóc. Więc gdy doszłam do siebie, to za zgodą lekarza zabrano mnie do komendy i odbyło się to rozpoznanie. Nie miałam żadnych wątpliwości, zaraz tego bandziora poznałam. Pomimo tego, że na jego twarzy widać było ślady jakby go ktoś bardzo mocno pobił. Jednym słowem; „nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka”. Sam bił i jego też ktoś silniejszy pobił.
  Na jego widok znów na krótko rozgorzała we mnie nienawiść, ale szybko zgasła. Potem znów „utopiłam” się w swojej malignie. Było mi wszystko jedno. Pro forma potwierdziłam tylko oskarżenie, bo tego ode mnie wymagano i odwieziono mnie na powrót do szpitala. Leżałam już prawie trzy tygodnie. Powoli znikła opuchlizna z twarzy, pozdejmowano mi szwy, zagoiły się powoli rany, tylko ręka była jeszcze w gipsie. Któregoś popołudnia przyszły mnie odwiedzić Ciotka Ewa z Alą. Pomimo dzielącej je różnicy wieku i charakterów zaprzyjaźniły się ze sobą. Czasem tak jest, że nieszczęście zbliża ludzi do siebie. Obie z tajemniczą miną zapowiedziały, że będę miała następnego dnia odwiedziny. Serce mi się na moment ucieszyło, bo pomyślałam, że może Agata wyszła ze szpitala i przyjdzie mnie odwiedzić, ale one szybko wyprowadziły mnie z błędu. Dopiero co przed ich wizytą rozmawiałam z Agatą telefonicznie i nic nie wspinała mi o szybkim wyjściu. Codziennie przez kilkanaście minut rozmawiałyśmy telefonicznie. Chciałam do niej jechać, ale mi kategorycznie zabroniła. A ja tak tęskniłam, tak mi jej wtedy brakowało...
  Ciotka Ewa zapowiedziała mi wizytę doktora S. specjalisty od operacji plastycznych, który specjalnie dla mnie pofatygował się prawie z drugiego końca Polski. Najlepszy w kraju, jak zachwalała go Ciotka. Zresztą może przestanę ją już nazywać Ciotką Ewą, bo przy okazji tej całej sprawy nasza Ciotka Ewa – harpia, stała się dla nas Ewą – przyjaciółką. Nigdy się nie wie do końca co w człowieku siedzi. Wiesz, to była jedna z najpiękniejszych przemian, jakie kiedykolwiek zdarzyło mi się zobaczyć w człowieku.
  Wróćmy jednak do tematu. Zapowiedź wizyty chirurga – plastyka, była brana pod uwagę w rozmowach z moim lekarzem na oddziale, ale gdzieś w przyszłości, a tu nagle stało się to realne. Miał się rozstrzygnąć mój los, miało się zdecydować, czy będę podobna do ludzi, czy będę się musiała przed nimi chować. Wiedziałam też, że jeżeli nawet operacja będzie możliwa to koszta jej będą ogromne, bo to nie są tanie zabiegi. Skąd wziąć na nią pieniądze? Od tych rozmyślań rozbolała mnie głowa i nie mogłam zasnąć całą noc.
  Doktor S. okazał się młodym, przystojnym człowiekiem. Jego wiek był w wyraźnej sprzeczności z opinią najlepszego w kraju specjalisty. By zapracować na taką opinię to trzeba było lat praktyki i nauki – tak mi się zawsze kojarzyło. No chyba, że jest się wybitnie uzdolnionym, a takim właśnie był ten Doktor S. Powiem szczerze; Byłam nim oczarowana. Złapałam się nawet na myśli, że gdybym kiedykolwiek miała wychodzić za mąż, to właśnie za takiego faceta. Popatrz, tu się mają ważyć moje losy, a ja myślałam o bzdurach. No cóż, byłam wtedy młoda. Niestety te marzenia za chwile przemieniły się w ciężki smutek i już nie chciałam za niego wychodzić za mąż... W ogóle wszystkie głupstwa wyparowały mi z głowy. Doktor obejrzał sobie moją fizys w świetle silnej lampy i niestety nie był nią oczarowany. Usiedli potem razem z chirurgiem, który mnie składał na dłuższą rozmowę i w dalszym ciągu nie wyglądał na zadowolonego. Całe to badanie trwało prawie dwie godziny. Robiono mi dodatkowe zdjęcia rentgenowskie czaszki i męczono mnie. Później ponownie zamknęli się, tym razem z Ewą w gabinecie ordynatora i rozmawiali.
  Ja pod drzwiami popadałam ze stanu nadziei w stan skrajnego zwątpienia. W ogóle stałam się jakaś taka dwubiegunowa, bo albo byłam w euforii albo na samym dnie rozpaczy i smutku. Ta huśtawka nastrojów strasznie mnie męczyła. Przedłużające się oczekiwanie też bardzo mnie zmęczyło i poszłam do swojego pokoju, by się położyć na chwilę i za niedługo przyszli tam, wszyscy razem. Niestety to co powiedział ten spec nie było dla mnie optymistyczne. Powiedział, że takich operacji, jakiej wymaga moja twarz jeszcze się w Polsce nie przeprowadza. Jedynie w kilku ośrodkach na świecie takie zabiegi były robione. Najbliższa taka klinika była w Wiedniu i Doktor S. stwierdził, że ma tam znajomości, bo właśnie w tej klinice odbywał praktykę i mógłby pomóc w załatwieniu mi takiej operacji. Niestety kwestią są pieniądze, duże pieniądze. Gdy wymienił kwotę to włos się mi zjeżył na ogolonej głowie, bo za taką sumę można było wtedy kupić luksusowe auto - limuzyny. To był klops, bo takich pieniędzy nigdy nie uda mi się zebrać. Tym bardziej, że w zasadzie wszystko musimy zaczynać od zera. Ewie też niezbyt wiodło się ostatnio w interesach, a Ojcu Chrzestnemu nie miałabym już sumienia zawracać głowy. Tym bardziej, że takiej sumy nie byłabym mu w stanie zwrócić.
  No cóż, będę tą nieszczęsną facjatą odpłatnie straszyć niegrzeczne dzieci i w ten sposób jakoś, będę żyła. Takim wisielczym humorem próbowałam podtrzymywać się na duchu, ale nie na wiele to się zdało, bo znów przepłakałam calutką noc. Ewa z Alą siedziały ze mną do późnego wieczora i próbowały mnie podtrzymać na duchu, ale na niewiele to się zdało. Następnego dnia spotkała mnie jednak wielka radość. Po prostu oszalałam z radości. Przyszła do mnie w odwiedziny Agata. Przyszła razem z Alą wspierając się o nią. Wyglądała okropnie. Blada, wychudzona, zapadnięte oczy...cień dawnej, promiennej Agaty. Ale to była ona, z dawna oczekiwana, kochana siostra. Później Ala mi powiedziała, że jak Agata dowiedziała się jak stoją moje sprawy to wypisała się na własne żądanie ze szpitala, by tylko być ze mną w tak trudnym dla mnie okresie. Była gotowa uciec ze szpitala, by tylko podtrzymać mnie na duchu.
  Długo, długo trzymałyśmy się w objęciach. Tego uczucia, jakie było w moim sercu nie da się opisać słowami. Mogłam przecież ją stracić na zawsze, niewiele w końcu brakowało, by Agata umarła. Więc tym mocniej wtedy odczuwałam tę nierozerwalną więź, jaka nas łączyła. To było już coś więcej niż miłość dwojga rodzeństwa. To było coś silniejszego i do dziś nie znalazłam na to uczucie określenia. Mimo, że od tamtego czasu sporo wody upłynęło, to ta więź pomiędzy nami nie słabnie. Wtedy porozmawiałyśmy sobie serdecznie, ale niezbyt długo, bo Agata była jeszcze bardzo słaba.
  Te jej krótkie odwiedziny sprawiły, że na powrót uwierzyłam, że damy sobie radę, że nie wszystko jeszcze stracone, że potrafimy się pozbierać do kupy i wszystko zacząć od nowa. Jak Fenix odrodzimy się z popiołów do nowego życia.


Początek strony

Valid XHTML 1.0!

Wykonał: Hieronim Śliwiński dn. 02-05-2005