logo
Wróć na stronę główną

Strony:  1  -  2  -  3  -  4  -  5

PROZA

Szkice Ewy Baśnie Ewy
Opowiedz Anno cz. I
Opowiedz Anno cz. II Opowiedz Anno cz. III Opowiedz Anno cz. IV Opowiedz Anno cz. V Pamiętnik pacjenta Wspomnienia

Epilog

"Cokolwiek człowieka spotyka - powinien zawsze się podnieść i dążyć naprzód, wciąż naprzód, przez całe życie."

Życie nas wszystkich to nieskończona ilość krzyżujących się ścieżek. Mijamy się, idziemy obok, przebiegamy sobie drogę jak komety na niebie, czy idziemy czasami tą samą ścieżką. W trakcie tego spaceru przez własne życie spotykamy ogromną rzeszę ludzi, którzy w różnoraki sposób wpływają na nas. Czasem nawet tak dalece, że zmieniają diametralnie nasze życie, dlatego też jest ono tak barwne i różnorodne. Ilu znamy takich ludzi? Mam prawo przypuszczać, na własnym zresztą przykładzie, że chyba niezbyt wielu. Szczęście, gdy wpływ tych osób jest pozytywny, gorzej zaś, gdy te znajomości prowadzą nas na życiowe manowce. Muszę stwierdzić, że miałem w życiu trochę szczęścia do spotykania wspaniałych ludzi. Nie wielkich uczonych, intelektualistów, wybitnych humanistów czy autorytetów moralnych, ale ludzi zwykłych, często uwikłanych w trudne życie, tak jednak wspaniałych, pełnych nadziei, witalności i dobroci, że wprost zarazili mnie tym. O życiu takiego właśnie Człowieka będzie poniżej zamieszczona opowieść.

Przedwiosenny wieczór. Na początku marca pogoda dopisywała i sprzyjała spacerom. Dla kogoś, kto od wielu lat przebywa w szpitalu psychiatrycznym, spacer na świeżym powietrzu przy ładnej pogodzie, to sama przyjemność. Kondycja nie jest najlepsza, więc nie jest to marsz, który byłby zalecany dla organizmu, ale raczej spokojny spacer, który dobroczynnie wpływa na stan psychiczny i poprawia samopoczucie. Gdy ma się już prawie pięćdziesiąt lat, to trzeba już koniecznie zażywać ruchu, by nie skapcanieć do reszty. Ja akurat lubię samotne spacery, bo wtedy nie trzeba się skupiać na zabawianiu towarzysza, ale pozwala się myślom płynąć swobodnie i dowoli cieszyć się przyrodą. Jej różnorakość kształtu, barwy i dźwięku tworzą obrazy, które głęboko koją moją psychikę, a to dla mnie ważne. Gdy któregoś więc wieczoru, tak sobie szedłem napawając się ciszą, zobaczyłem, że mam towarzystwo. Drobna, kobieca postać krążyła po tych samych szlakach co ja. W pierwszej chwili poczułem wewnętrzny sprzeciw. Tak reagowało moje samolubne ego na intruza. Po chwili jednak przeszła mi i wtedy pojawiła się ciekawość, jaka kobieta jest na tyle odważny, by w zapadającym mroku włóczyć się samotnie po bezludnym parku szpitalnym. Gdy mijałem ją, to nie omieszkałem powiedzieć; - Dobry wieczór!
- Dobry wieczór - odpowiedziała.
- Nie ma pan czasem przy sobie chusteczek higienicznych, bo zapomniałam wziąć.
Głos miała bardzo miły i melodyjny. To śmieszne, ale zdawało mi się, jakby wyśpiewała to krótkie zdanie.
Akurat miałem w kieszeni paczkę, więc podałem jej.
- Przepraszam, ale czy mógłby mi pan pomóc, bo coś wpadło mi do oka i nie mogę sama sobie poradzić.
Odwróciłem ją w kierunku zorzy, która pozostawiło zachodzące słońce i rożkiem chusteczki wyciągnąłem, nie bez problemów, paproch z jej oka. Oko było ładne, duże i zielone, co sprawiło, że z zaciekawieniem przyjrzałem się twarzy kobiety. W mojej skali urody dałbym jej 7/10. Ładna, miła twarz, która na pierwszy rzut oka sprawiała wrażenie dziewczęcej, ale pewne oznaki świadczyły, że należała już do dojrzałej osoby. I to osoby, która sporo przeżyła - to wyczytałem z oczu, choć Bogiem a prawdą, to żaden ze mnie fizjonomista. Było jednak coś takiego w niej, co mnie zainteresowało. Trudno to nawet określić. Myślę dziś, że emanowała z niej dobroć i kobiecość.
- Skoro spojrzeliśmy sobie w oczy, to jesteśmy już znajomymi. Anna jestem - powiedziała z prostotą.
Przedstawiłem się.
- Widzę czasami, jak przebiega pan swoje ścieżki i pozazdrościłam. Nie lubię tej pory roku, ale lepszy spacer niż siedzenie na oddziale...
Zaczęliśmy rozmawiać i kolejne pół godziny spaceru upłynęło nam bardzo miło. Spotykałem ją przez dwa kolejne dni i wtedy razem spacerowaliśmy, tocząc rozmowę na różne tematy. Tak jak to jest, gdy mówimy na luzie do zaufanej osoby co nam akurat przychodzi na myśl. Nasza przyjaźń zdawała się umacniać i poruszane tematy stawały się bardziej osobiste.
Kilka opowiastek z życia Anny, które usłyszałem w trakcie kolejnych wieczornych spacerów, natchnęły mnie myślą, by je spisać i opublikować. Z takim pomysłem na opowiadanie, które można by drukować w odcinkach w naszej gazetce ZYGZAK, nosiłem się już od dawna. Teraz znalazłem kogoś, kto nie tylko miał ciekawe życie, ale również potrafił ciekawie o tym opowiedzieć. Przystąpiłem więc do pracy nad przekonaniem mojej nowej znajomej do swojego pomysłu. Poniżej prezentuję efekt tego przekonywania, a wyglądało to tak...


Szpitalne opowieści Anny

DZIEŃ I

- Mam ci opowiedzieć o sobie?!
- A co ja miałabym mówić?
- Mam opowiedzieć o swoim życiu, a komu to potrzebne?
- Ale kim Ty jesteś? Owszem miły z ciebie człowiek, ale nie znam cię na tyle by ci się zwierzać. O całym moim życiu to nawet ksiądz nie wie.
- Chciałbyś napisać do gazetki? Ech, a kto by to chciał czytać tu w Szpitalu. Takich jak ja jest tu ze dwie setki kobiet. Je spytaj o ich życie.
- Aaa...jestem miła, ładna, mądra i dlatego mnie pytasz?! Czuję się wyróżniona, ale nic z tego.
- Czemu nie? Bo nie jestem ekshibicjonistką. Chyba nikt nie lubi się wywnętrzać.
- Ty lubisz?
- Uczciwy jesteś, ale sam widzisz, że to nie łatwe. Tylko moja siostra i Tadeusz znają mnie na wylot. Tylko oni wiedzą co we mnie siedzi, bo tylko w nich i w naszych dzieciach mam przyjaciół.
- Nie bratku, nie namówisz mnie.
- Choć przejdziemy się trochę, jest tak pięknie, a ty próbujesz zepsuć mi miły wieczór.


DZIEŃ II

- Znowu zaczynasz?! Ale z ciebie męczydusza.
- Chodź pospacerujemy trochę, to jedyna moja przyjemność w tym Szpitalu. Jakoś mi tak dzisiaj niewyraźnie. Tak już jest gdy czekają mnie zmiany.
- Jaka zmiana? No, może wypiszą mnie nareszcie do domu, na co zresztą z utęsknieniem czekam.
- Kiedy? Nie wiem jeszcze dokładnie. Mówiła mi Pani Doktor, że jeszcze trochę muszę tu pobyć. Ale jak się nic nie zmieni to za tydzień do dwóch wyjdę do domu.
- Czego się obawiam? W zasadzie niczego. Wrócę do Tadeusz, dzieci, do mieszkania, może do pracy - jeśli ją jeszcze mam. Mam dobrego szefa, który jakoś toleruje te moje wypady do Szpitala, ale kiedyś może mu się sprzykrzyć - zawsze się tego obawiam. Siostra i Tadeusz pewnie już przygotowali wszystko na mój powrót. Jak jestem w szpitalu, a zdarza się to raz czy dwa razy do roku, to oni pilnują moich interesów, bo niby kto miały inny to czynić. Opiekują się dziećmi i w ogóle dbają o wszystko, a szczególnie o to bym na starcie nie musiała wpadać od razu w wir obowiązków. Jest im trudno, ale nie dają mi tego odczuć i za to też ich kocham. Nie wiem jak to jest z Aniołami Stróżami, którzy nad nami czuwają z nakazu Bożego, ale ja mam takich Aniołów tu na ziemi - to moja siostra Agata i mój partner Tadeusz. Agata jest ode mnie starsza tylko o dwa lata, ale mnie wydaje się mądrzejsza i lepsza o całe wieki. Zawsze mi matkowała, od czasu gdy zmarli nasi rodzice, gdy obie byłyśmy w "dziecińcu" albo jak dzisiaj mówią w "bidulu" czyli w Domu Dziecka. Tadeusz zaś, to mój kochany człowiek. Wiesz, taki na własność.
- Oj jej, popatrz, ja chyba rzeczywiście zaczynam ci się zwierzać, ale ty działasz na zasadzie kropli drążącej skałę i umiesz słuchać. No dobrze, jak już zaczęłam, to może rzeczywiście powiem ci trochę o sobie, ale nie napiszesz kto ci to mówił, zmyślisz jakiś pseudonim, pomotasz trochę - nie chcę by ktoś kiedyś bił mnie moimi własnymi słowami. Zgoda?
- No dobrze, ale opowiem ci jutro, bo muszę sobie wiele spraw przemyśleć. A swoją drogą to ty będziesz moim dziejopisem - kronikarzem, ale heca. A ja przecież nie żyłam, by o mnie pisano - ja po prostu żyłam najzwyczajniej i tak zwyczajnie żyję sobie po cichuteńku nadal.


DZIEŃ III

- Czy poukładałam sobie wszystko?! Ech, gdzie tam - na przemyślenie życia trzeba o wiele więcej czasu i cierpliwości, a ja jej nie mam. Jeszcze raz przypomniałam sobie po części ważniejsze zdarzenia i jakoś odeszła mi chęć, by o tym opowiadać. Słyszałam zwierzenia innych pacjentek i one miałyby ci o wiele ciekawsze życiorysy do opowiedzenia, a przynajmniej niektóre z nich. Choć, bo ja wiem, może trochę koloryzowały, albo w chorobie im się tak barwnie zdawało. A ja? Ja jestem prozą, zwyczajnością - jeśli oczywiście nie liczyć choroby, bo tę przeżywamy każdy po swojemu. Przypomina mi się "Raj utracony" Miltona.
- Czytałeś? - Nie, to przeczytaj, bo warto. To jedna z tych lektur, którą każdy powinien przeczytać.
- To ciekawy poemat, ale ponury, choć z małą iskierką nadziei. Takie też było to moje dotychczasowe życie; smutne ale nie do końca. A komu potrzebne są smutne opowieści? Ale może to tylko ja tak widzę swoje życie, bo przecież miałam również w nim swoje chwile szczęścia. Ktoś mógłby powiedzieć, że mam więcej, niż niektórzy biedniejsi. Mam dwoje wspaniałych dzieci, wspaniałego, kochanego partnera, mam mieszkanie, wspaniałą siostrę, mam pracę, jakoś wiążemy koniec z końcem i mimo schizofrenii jakoś żyję. Więc może tylko w chorobie tak mi się czasem wydaje, że jest źle, że moje życie jest nieudane. Fakt, że sama schizofrenia jest w moim życiu największym złem, którego nie życzę nikomu - zresztą o czym ja ci mówię, przecież sam dobrze wiesz, że to jest "piekielny kociołek". Wiesz czasem tak do końca nie rozeznaję, co jest czym - szczególnie jak zaostrza mi się choroba - gdzie kończy się rzeczywistość a gdzie zaczyna moje chorobowe o niej wyobrażenie. Czasem przyłapuję się na kreowaniu jakiejś rzeczywistości, która okazuje się tylko ułudą. Oho, mieszają mi się słowa, ale tak to widzę i czuję.
- Znowu zawracasz moje konie? - Mam wrócić z tych rozważań na ścieżkę zwierzeń? - Aleś ty uparty! Kto by pomyślał. Jeśli mam ci się jednak zwierzać, to musisz zaakceptować mój styl narracji, bo nie zamierzam się podporządkowywać jakiejś narzuconej przez ciebie formie. Mówiąc krótko, albo gadam, jak chcę, albo wcale nie gadam. Zgoda?
- No dobrze, umowa stoi, jutro sobie powspominamy.


Początek strony

Valid XHTML 1.0!

Wykonał: Hieronim Śliwiński dn. 31-03-2005